Majda: uprzedmiotowiając ciała niszczymy własną godność [OPINIE]

Kiedy chodziłem do liceum fascynowało mnie Średniowiecze. Również ze względu na dualizm duszy i ciała. Dusza była wiecznym, „świętym”, „boskim” pierwiastkiem w człowieku. Ciało natomiast było narzędziem Szatana. Takie podejście przełożyło się na wiele aspektów życia średniowiecznego człowieka. W stosunku do Starożytności nastąpił znaczny spadek higieny, co miało bezpośredni wpływ na długość i jakość życia. W sytuacji kiedy umartwianie ciała stało się cnotą i swoistym priorytetem nie trzeba było długo czekać na rozwój różnego rodzaju chorób prowadzących do kolejnych epidemii na niespotykaną wcześniej w historii ludzkości skalę. Ukoronowaniem takiego podejścia była dżuma, która w XV wieku doprowadziła do śmierci 30 – 60% populacji ówczesnej Europy.  Współcześni określali ją jako „Wielki pomór” bądź „Wielką zarazę”. Do historii przeszła jako „czarna śmierć”.

Od czasów Średniowiecza wiele się w Europie zmieniło. Znacznie wzrósł poziom higieny, rozwinęła się opieka medyczna. Długość ludzkiego życia systematycznie się wydłuża. Ale czy sam stosunek do ciała zmienił się aż tak bardzo? Z pewnością w kulturze masowej ciało uzyskało wyjątkowy status. Jest fetyszem, przedmiotem pożądania. Oglądamy je w reklamach, filmach fabularnych, na zdjęciach, czytamy o nim w kolorowych pismach. Przemysł pornograficzny dzięki internetowi dociera do niezwykle szerokiego kręgu odbiorców kształtując zachowania seksualne ogromnej rzeszy swoich odbiorców. Niesłabnącą popularnością cieszą się też horrory typu slasher, czy gore, w których atrakcyjne ciała młodych bohaterów są torturowane, masakrowane.

Warto jednak powiedzieć, że ciało będące bohaterem kultury masowej to fantazmat mający niewiele wspólnego z prawdziwym ludzkim ciałem, które nigdy nie jest idealnie wyrzeźbione, pachnie, poci się,  choruje, starzeje. I choć nikt, albo prawie nikt, nie twierdzi już, że ciało i cielesność są domeną diabła, to kultura nadal sprzyja traktowaniu go jako czegoś nieczystego. Prawdziwe ciało jest nieczyste, bo nie jest doskonałe. Trzeba je zatem nieustannie udoskonalać, oczyszczać poprzez forsowne ćwiczenia, katorżnicze diety, suplementację hormonami, sterydami w dawkach, które wyniszczają organizm. To udoskonalanie ciała reklamowane jako zdrowy tryb życia często niestety prowadzi do takich chorób jak anoreksja czy bulimia oraz do wielu innych schorzeń. Na przeciwnym krańcu spektrum są ludzie, którzy nie maja czasu, siły, możliwości, żeby utrzymywać swoje ciała w „doskonałej” formie. Skazani są przez to na życie w kompleksach, w poczuciu, że są nieatrakcyjni, że są ludźmi drugiej kategorii.

Temat ciała wydaje się budzić szczególne emocje w środowisku LGBTQ. To wygląd decyduje  zazwyczaj o naszej atrakcyjności towarzyskiej. Decyduje też do jakiej z subkultur zostaniemy przyporządkowani, jako twink (młody), bear (miś), hunk (atleta), daddy (tatuś), otter (wydra), chubby (grubasek) itd. To ciało definiuje nas jako homoseksualistę. Im bliższe jemu do fantazmatycznego ideału tym wyższa nasza pozycja. Ciało musi być młode, sprężyste, najlepiej muskularne (niezależnie od tego czy jest się drobnej, czy mocnej budowy), bezwonne, pozbawione pryszczy, narośli, przebarwień, rozstępów czy cellulitu. Takie ciało oczywiście nie istnieje. Nie ma go ani muskularny dwudziestokilkulatek, ani tym bardziej folgujący sobie z jedzeniem pięćdziesięcioparolatek. Każdy kto regularnie ćwiczy na siłowni może podsłuchać rozmowy prowadzone przez młodych kulturystów, którzy wydają się posiadać idealne ciała. Rzadko są z siebie zadowoleni. Wręcz przeciwnie. Zazwyczaj jakieś partie mięśni są mniejsze niż być powinny, otłuszczenie ciała za duże, budowa nieproporcjonalna. Nigdy nie byłem świadkiem dyskusji, w której świetnie, z mojej perspektywy, zbudowany chłopak powiedziałby: „Wiesz, ciężko pracowałem, ale jestem naprawdę zadowolony ze swojego wyglądu.” Co więcej, kiedy widuję moich kolegów na profesjonalnie zrobionych (i obowiązkowo podrasowanych w Photoshopie) zdjęciach widzę, że nawet oni w rzeczywistości nie wyglądają tak dobrze, jak wtedy kiedy są odpowiednio wystylizowani, upozowani, umalowani,  oświetleni.

Owa presja posiadania idealnego ciała jest wśród homoseksualistów wyjątkowo silna ze względu na częste przypadki zinternalizowanej homofobii. Nie dość, że nie jesteśmy wystarczająco męscy ze względu na naszą homoseksualność to jeszcze nasze ciała nie wyglądają tak jak ciała modeli fitness, czy gwiazdorów porno. I nie chodzi tylko o muskulaturę. Ważne jest również o to jak sprawne są nasze ciała. Według standardów narzuconych przez kulturę masową mężczyzna powinien być w każdej chwili gotowy na seks. Erekcja ma się pojawiać na zawołanie, odbyt ma być zawsze czysty i rozluźniony, dobrze nawilżony, gotowy na przyjęcie partnera. Oczywiście na pewnym poziomie każdy, albo przynajmniej większość z nas, zdaje sobie sprawę, że nie da się sprostać tym wymaganiom. Ale na głębszym poziomie mamy z tym problem. Często uciekamy się do używania różnych substancji umożliwiających utrzymanie wzwodu oraz łatwiejszą, bezbolesną penetrację niemal na zawołanie. A kiedy mimo wysiłków nie osiągamy pożądanego efektu winimy siebie samych, albo naszych partnerów, a nie nierealne kryteria propagowane przez wytwórnie filmów pornograficznych. Takie sytuacje są źródłem wielkiego wstydu, frustracji, bo przecież idealne ciało nigdy nie ma problemów z erekcją, nie pachnie, nie brudzi się.

Tymczasem szybki seks, który oglądamy na ekranach naszych komputerów i telewizorów  poprzedzają gruntowne przygotowania. Aktorzy są zazwyczaj pod wpływem różnego rodzaju substancji chemicznych, odpowiednio umalowani, wykadrowani, oświetleni. Nakręcenie godzinnego materiału trwa zazwyczaj kilka dni. Bo przecież nawet aktorzy porno dysponują „tylko” zwykłymi męskimi ciałami. Bardzo otrzeźwiającą pod tym względem lekturą były dla mnie pamiętniki byłego brytyjskiego gwiazdora porno, obecnie modela Aidena Shawa, którego możecie kojarzyć z kampanii reklamowej polskiej marki Bytom przeprowadzonej w 2013 roku: „My Undoing: Love in the Thick of Sex, Drugs, Pornography, and Prostitution” (New York: Carroll & Graf, 2006) oraz „Sordid Truths: Selling My Innocence for a Taste of Stardom” (Alyson Books, 2009). Aiden Shaw bardzo dobrze pokazuje w nich jak ciało ulega w naszej kulturze uprzedmiotowieniu, staje się rzeczą, którą mamy używać do zarabiania pieniędzy, seksu, pozyskiwania partnerów. Tyle, że nasze ciała nie są przedmiotami. My jesteśmy naszymi ciałami. Nie istniejemy bez nich. Uprzedmiotowiając ciała niszczymy własne człowieczeństwo, własną godność.

Co możemy zrobić, żeby żyć godnie w sytuacji, w której jesteśmy szykanowani z powodu naszej orientacji seksualnej, czy niedoskonałości naszych męskich ciał? Oczywiście nie znam recepty na ten problem. Ale głęboko wierzę, że samo mówienie o tej sytuacji, nazwanie jej, ma ogromną, wyzwalająca moc. Marzę o tym, żebyśmy mieli odwagę dostrzegać i pokazywać sobie nawzajem nasze człowieczeństwo, przejawiające się również w naszych „słabościach” i „niedoskonałościach”. Kiedy dostrzeżemy, że wszyscy jesteśmy ludźmi, żywymi, czującymi istotami być może pojawią się sposoby na to, żebyśmy żyli godnie i stworzyli empatyczną, solidarną społeczność. Czego sobie i wam wszystkim życzę.

Wypowiedz się