“Poród, a nie aborcja, wywołał u mnie załamanie nerwowe” [WYWIAD]

image

Nie chce podawać swoich danych, bo wie, co zrobiłyby z nimi środowiska prawicowe. Musi chronić swoje dorastające dziecko – to chciane, kochane, z odpowiednim partnerem. W rozmowie z Różowymi Panterami opowiedziała jednak o swojej aborcji, o tym czy wiązała się ona z traumą i tym, jak reaguje na zakusy fundamentalistów na polskie prawo.

Patryk Chilewicz: Kiedy i dlaczego zdecydowałaś się
na aborcję?

Na aborcję zdecydowałam się w
wieku 24 lat. Obecnie mam 40. Zaszłam w ciążę przyjmując antykoncepcję. Jednak
byłam chora i brałam antybiotyk, który osłabił mnie i wpadłam. Partner był
raczej taki chwilowy, nie żywiłam do niego uczuć, więc nie chciałam z nim mieć
dziecka.

Masz dzieci?

Mam syna, ma 7 lat. Jest to
dziecko zaplanowane i chciane.

Przeciwnicy wolnego wyboru
zarzucają, że „co matka powie dziecku, że wyskrobała jego rodzeństwo”. Jak ty
to powiesz?

Uważam że są pewne sprawy, o
których się nie mówi i pewnie wolałabym nie mówić o aborcji dziecku, które
teraz posiadam. Jednakże gdybym musiała powiedziałabym prawdę: nieodpowiedni
partner, nieodpowiedni czas.

Przechodziłaś przez „depresję
poaborcyjną”? Jak czułaś się po zabiegu?

Nie, absolutnie nie miałam
depresji. To co czułam to ogromna ulga i w pewnym sensie radość, że „kłopot”
mam z głowy i dalej mogę żyć, jak chciałam. Osoby które znam, które również
miały zabieg, nie miały żadnej depresji poaborcyjnej. Mam wrażenie, że jest to
kościelny wymysł, który ma zastraszyć nas.

Gdzie odbył się zabieg i w jakich
warunkach?

Zabieg odbył się w Polsce, w
Warszawie, tu też mieszkam od urodzenia. Prywatny gabinet bardzo dobrego
ginekologa, pracownika szpitala. Skierowała mnie do niego jego żona, również
lekarz ginekolog, która była jednocześnie moim lekarzem od kilku lat. Ona nie
chciała się podjąć ze względu na brak doświadczenia – była dużo młodsza od męża.
Warunki były bardzo dobre. Gabinet zadbany. Ufałam lekarzowi, bo wiedziałam, że
od lat zajmował się także legalnie takimi zabiegami. Była z nami pani
anestezjolog z tego szpitala co ginekolog. Traktowali mnie bardzo miło i
uprzejmie, opowiedzieli co się ze mną będzie dziać. W narkozie byłam pół
godziny.

Jesteś osobą wierzącą? Jeśli tak,
to jak sobie tłumaczysz podjętą decyzję?

Nie. Nie wierzę w Boga, jednak
jestem wychowana w rodzinie katolickiej. Do piętnastego roku życia chodziłam do
kościoła, została ochrzczona i przyjęłam komunię. Z czasem zaczęłam szukać
potwierdzenia czy Bóg istnieje, bo miałam wątpliwości, a w zamian potwierdzenia
w istnienie znajdowałam potwierdzenie w nieistnienie i takim sposobem stałam
się ateistką, a w końcu także antyklerykałem.

Obserwujesz to, co dzieje się w
Polsce – boli Cię to? Denerwuje? Frustruje?

Jako kobieta, matka, jako osoba,
która przeszła aborcję oraz czyszczenie macicy ponieważ płód obumarł w dziewiątym
tygodniu ciąży jestem zbulwersowana obecną sytuacją. Uważam że wszelkie decyzje
powinny podejmować kobiety. Moja macica to moja decyzja. Najbardziej wkurzające
jest, że Kościół bardzo wtrąca się w cała tą sprawę. A propozycja Kaczyńskiego,
że chore dzieci powinny się rodzić, by móc je ochrzcić, nadać im imię i
pochować jest poniżej jakiejkolwiek krytyki. To człowiek umysłowo chory bez
cienia empatii i nie ma prawa, by decydować o takich rzeczach. Widziałam w
szpitalu cierpienie kobiet, które czekały, aby ich dzieci z wielkimi wadami
genetycznymi miały się urodzić po to, by zaraz umrzeć. Były to kobiety w
szóstym miesiącu ciąży. Lepiej wykryć te wady i usunąć płód niż dostawać co
sześć godzin oksytocynę wywołującą poród, rodzić w bólach i wiedzieć, że to
dziecko i tak umrze. To jest tortura dla kobiet.

Myślisz, że kobiety są gotowe na
zorganizowany ruch, który zliberalizuje prawo aborcyjne, ale będzie walczył też
o inne sprawy, jak znieczulenie porodowe, leczenie niepłodności, edukację
seksualną czy darmową antykoncepcję?

Kobiety zawsze były na to gotowe.
Niestety są tłamszone przez polityków i Kościół Katolicki. Kobiety według mnie
są traktowane jak inkubatory, które mają rodzić dzieci, wychowywać je i
zajmować się domem. Tyle. Sądzę, że poprzez protesty może coś się zmienić.
Przynajmniej mam taką wielką nadzieję. Jednak powinno się zacząć od początku,
czyli od edukacji. Ale edukacji z prawdziwego zdarzenia. Dzieci muszą wiedzieć
czym jest seks i jakie są jego następstwa. Trzeba zmieniać, trzeba walczyć o
poprawę, bo to co jest teraz to jest jedno wielkie nieporozumienie. Ja
przeszłam sporo. Jestem matką więc wiem, jak się rodzi w polskim szpitalu. Dzięki
porodowi w szpitalu na warszawskim Solcu mam traumę na całe życie. Planuję
jeszcze jedno dziecko, ale wiem, że będę rodzić poprzez cesarskie cięcie w
prywatnej klinice, bo drugi raz takiego horroru bym nie zniosła. Poród, a nie
aborcja, wywołał u mnie załamanie nerwowe. Bardziej szczęśliwa byłam jako osoba
„wyskrobana”, niż jako matka dziecka zaplanowanego i wyczekanego.


Różowe Pantery zachęcają kobiety do wychodzenia z aborcyjnej szafy. Opowiedz swoją historię i pomóż przełamać retorykę fundamentalistów. Szczegóły na stronie akcji #miałamaborcję.

Wypowiedz się